Doliną Łataną na Rakoń i Grzesia, pod Osobitą

W przedostatni dzień tego jakże udanego urlopu chcieliśmy zdobyć Orlą Perć Tatr Zachodnich czyli słowackie Rohacze. Chcieliśmy zaatakować ze schroniska Zverowka. Nie udało nam się tam zanocować, bo już nie było miejsc, więc spaliśmy nieopodal we wsi Zuberec, u przesympatycznych słowackich dziadzio – babć, opowiadających historię o górskich tułaniach w Dolinie Spalonej, o pięknych widokach z Salatina i o starych dobrych czasach. Dziadzio – babć, którzy za symboliczną ilość słowackich koron odstąpili nam całe piętro, przygrzali wodę w prysznicu, a wieczorem przynieśli pyszne domowej roboty kluski na parze… oj, czuję, że zawitamy jeszcze do Zuberca…

* * *

Wypoczęci wstajemy wczesnym rankiem i wsiadamy pędem w samochód. Zmierzamy w górę Studenej Doliny (właściwie zgodnie z biegnącym tędy szlakiem czerwonym) aż do Zwerówki. Tutaj, na leśnym parkingu pozostawiamy Kosika i ruszamy żółtym szlakiem Doliną Łataną. Szlak prowadzi asfaltową drogą. Nadajemy sobie tempo kijkami. Mimo tabliczki informującej na początku szlaku, że Sedło Zabrat osiągniemy za 2 godziny 45 minut, dochodzimy tam w dwie godziny z groszami. Chyba to tempo było za duże, bo powoli sił brakuje. Sedlo Zabrat, czyli po naszemu Zabratowa Przełęcz, znajduje się na wysokości 1656 m i odgranicza Zadni Zabrat (1693 m) od Rakonia (1879 m). Znajduje się w bocznej grani oddzielającej Dolinę Rohacką od Doliny Łatanej. Już z przełęczy rysują się przed nami ciekawe widoki. Widać nasz dzisiejszy cel (przynajmniej na przełęczy myślimy że tam dziś pójdziemy) – Rohacze, i Wołowiec, w dole Dolinę Smutną i całą Dolinę Rohacką z Rohackimi Stawami. Na Przełęczy robimy krótki odpoczynek, Grzegorz pstryka fotki, jemy jakieś słodkie wafle (a może to był snickers). Powoli rozmyślamy o tym jak już jesteśmy zmęczeni. Jakie te Rohacze przed nami wielkie. A jakie te chmury przed nami niepewne. A jaka to widoczność, że może nie warto. Z tego wszystkiego to chyba to nasze zmęczenie było tylko prawe, bo pogoda do końca dnia była bardzo ładna.. w każdym razie z Przełęczy podążamy na Rakoń. Idziemy żółtym szlakiem, wyprzedza nas grupka słowackich turystów – „Ahoj. Ahoj”. Nasze tempo słabnie i po prostu człapiemy ciężko w górę. W końcu osiągamy szczyt Rakonia i zgodnie postanawiamy Rohacze odpuścić. Nie ma się co zarzynać. To przedostatni dzień urlopu. Urlopu w którym już jednak trochę kilometrów z buta nabiliśmy. Zapada szybka decyzja, że pójdziemy w takim razie szlakiem granicznym na Grzesia, czyli słowacką Lucnę, a dalej zielonym szlakiem do siodła pod Osobitą i tamtędy zejdziemy z powrotem do Zverówki, pod samochód.

* * *

Taka decyzja pozwoliła nam całkowicie spasować z tonu toteż zwolniliśmy tempo jeszcze bardzie. Teraz jak żółwiki idziemy grzbietem – Długim Upłazem. Malownicze chmurki na niebie tworzą piękne krajobrazy. Długa, żółta trawa porastająca zbocza pięknie gnie się na wietrze. Przysiadamy, rozkładamy się na tej gorącej trawie i w sierpniowym słońcu, wsłuchując się w żuki, muchy i wszelką latającą nad nami gadzinę delektujemy się tą wspaniałą chwilą. Podsumowujemy ten urlop, wspominając jakiż był wspaniały, najlepszy z dotychczasowych. Marzymy, leżymy, rozmyślamy.

* * *

Gdyby nie fakt, że jednak wypada zejść do samochodu miedzy innymi po to by dojechać do Zuberca, do dziadzio – babć, żeby się nie martwili, to można byłoby tak leżeć w nieskończoność. Zbieramy się jednak i dochodzimy wśród krzaków borowin na Grzesia. Tu już więcej ludzi – turystów głównie z Polski. Grześ ma 1653 m i na jego szczycie znajduje się drewniany krzyż, ustawiony 1992 roku na pamiątkę konspiracyjnych spotkań działaczy opozycyjnych z Polski i Słowacji. Szczyt należy do bocznej, długiej północnej grani Wołowca odchodzącej od Wołowca na północ i stanowiącej część granicy polsko-słowackiej. Jak podaje Wikipedia – wg Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej polska nazwa szczytu pochodzi od gwarowego, góralskiego słowa grześ oznaczającego grzbiet lub grzędę o stokach stromo opadających na dwie strony. Przez górali dawniej nazywany był Kończystym. Nazwa słowacka – Lucna – pochodzi od położonej na wysokości ok. 1550 m, po zachodniej stronie (w Doline Łatanej), niedużej rówieńki o nazwie Łucznia lub Luczna (Lúčna) na której stał szałas. Później na słowackich mapach nazwę polanki przesunięto na szczyt.

* * *

Z Grzesia schodzimy do zielonego szlaku, który łagodnie prowadzi nas to w górę to w dół, urozmaicenie, trochę lasem, trochę polankami. Mijamy szczyt Roha, dalej Kasne i zbocza Domciny. Po długim marszu dochodzimy do Przełęczy pod Osobitą. Widok na polska część Tatr, szczególnie na Giewont jest imponujący i niespotykany. Sama Osobita jest niezbyt wysoka -posiada 1687 m. Jest to jednak szczyt wybitnie wyodrębniony, odsunięty na północ od głównego trzonu Tatr. To pewnie to położenie powoduje ten imponujący i ciekawy widok. Tą niespotykaną perspektywę Giewontu. Dodam, że widok ten podziwiamy nie z samego szczytu, a z przełęczy, gdyż sam szczyt Osobitej od 1989 r. z uwagi na występujący tu ścisły rezerwat przyrody, jest już niedostępny dla turystów.

* * *

Spod Przełęczy ruszamy tym razem bardziej stromo w dół, mozolnie schodząc do Zverówki. Zasiadamy przed schroniskiem, na szerokich ławach, przy drewnianych długich stołach. Grzegorz przy zimnym słowackim piwie, ja przy Kofoli (cóż.. któś się, i samochód, musi dobrze prowadzić…).

* * *