Bieg Urodzinowy Miasta Gdyni

O biegu dowiedział się Grzesiek z internetu, wydaje mi się, że ze strony maratonypolskie.pl. Dlaczego przeglądał właśnie tę stronę? No właśnie. Wszystko zaczęło się w połowie stycznia, kiedy kupił w Empiku gazetę „Bieganie”. Trochę mnie ten zakup zdziwił, bo o ile n.p.m. od jakiegoś czasu czytaliśmy co miesiąc, o tyle z bieganiem wspólnego wiele nie mieliśmy. Owszem, Grzesiek na studiach co nieco truchtał, ale raczej nieregularnie, a ja od zawsze pałałam niechęcią do biegania, bo nie dość, że za chwilę łapałam zadyszkę, to dodatkowo ten rodzaj sportu zalatywał mi wielką nudą. Od pewnego już czasu intensywnie myśleliśmy o tym żeby się w końcu „wziąć za siebie”, a po lekturze czasopisma po prostu poszliśmy biegać. Motywacja była wielka szczególnie od strony Grzegorza, który za cel wybrał sobie Półmaraton Warszawski, który miał odbyć się 29 marca. Bieg urodzinowy miał być sprawdzianem na półmetku przygotowań. Najpierw biegaliśmy 3 kilometrowe kółka wzdłuż Motławy, potem dystans wydłużyliśmy do dwóch kółek, aż w końcu nadszedł dzień próby i wylądowaliśmy w Gdyni pośród sporej rzeszy wysportowanych biegaczy.

* * *

Do Gdyni pojechaliśmy SKM-ką. Wpierw skierowaliśmy się do Cafe Contrast, centrum organizacyjnego imprezy. Tam pobraliśmy numery startowe i podpisaliśmy deklaracje o braku przeciwwskazań lekarskich do startu w zawodach. Następnie wzdłuż morza, Bulwarem, którym za niedługo mieliśmy pobiec skierowaliśmy się do mieszkania Kasi D.

* * *

Bieg rozpoczynał się o 13:00 więc tuż przed pierwszą ponownie zjawiliśmy się w Cafe Contrast i z niecierpliwością czekaliśmy na start. Kibicować razem z Kasią przyszła Agnieszka, a jak się później okazało także Ada z Markiem. Ustawiliśmy się przed linią startu, gdzieś pod koniec tłumu, dla pewności, by nie zostać stratowanym. W końcu dobiegł nas huk strzału startowego i ruszyliśmy ze wszystkimi przed siebie. Chyba zbyt duże tempo nadaliśmy sobie na początku, bo już po kilkuset metrach łapała mnie lekka zadyszka. Zwolniłam więc w obawie, że zaraz wyzionę i w ten sposób, w połowie pierwszego koła Grzegorz wyprzedził mnie o jakieś 300 metrów. Dystans ten utrzymywaliśmy cały czas.

* * *

Drugie kółko to kryzys. W zasadzie już na początku słysząc gromkie dopingi Ady i Marka mówiąc – „kur.. jeszcze trzy” myślę sobie w duchu, że dobrze że przyszli, bo głupio będzie zrezygnować po drugim kółku. Co by pomyśleli… Nie ma jak dobra motywacja. Już pod koniec drugiego kółka przestałam biec i przerzuciłam się na marsz, aż do uspokojenia rytmu serca. Później znowu – raz bieg, raz marsz.. i tak na trzecim kółku postanowiłam, że muszę, ale to po prostu muszę dać rady. Muszę dobiec i dobiegnę. Już to wtedy wiedziałam. Otuchy dodało mi spotkanie się face to face z Grześkiem na zakręcie trasy. Widziałam, że daje z siebie wszystko i wiedziałam, że cieszy się, że się nie poddałam, i że wciąż biegnę. Dystans między nami zwiększył się do jakichś 400 metrów.

* * *

Czwarte kółko biegło się trochę lepiej i w końcu po żmudnym biegu dotarłam na metę. Rezultat – 1 godzina 05 minut 46 sekund. Byłam zadowolona nie wiem czy bardziej z wyniku, czy po prostu z tego, że więcej już nie muszę biec. Na mecie czekał Grzesiek. Jego rezultat 1 godzina 03 minuty 40 sekund był jeszcze bardziej zadowalający. Dostaliśmy złote medale i ogrzaliśmy się herbatą w Cafe Contrast odpoczywając w gronie znajomych. Później poszliśmy do Kasi, która zaserwowała nam przepyszny obiad.

* * *

Udział w biegu był strzałem w dziesiątkę. Okazał się niezłym sprawdzianem, dobrym treningiem, no a przede wszystkim pokazał jak nie należy rozpoczynać wyścigu. To dla nas nauczka do wykorzystania w półmaratonie – zacznij powolutku. Własnym tempem. A może i trochę wolniej. Teraz myślami jesteśmy już w Warszawie. Czekają nas intensywne przygotowania. I miejmy nadzieję, że przyniosą oczekiwane rezultaty.