Na Nosalu, w Dolinie Gąsienicowej, na Kasprowym Wierchu i Giewoncie

Jeszcze we wrześniu zaplanowaliśmy, że na Dzień Wszystkich Świętych pojedziemy w Tatry. W tym roku święto wypadało w sobotę, a że w pracy piątek mieliśmy wolny to do Zakopanego pojechaliśmy już nocną TLKą w czwartek. Mimo że pociąg jedzie bezpośrednio do Zakopanego, przesiedliśmy się w Krakowie na PKS, oszczędzając około 3 godzin czasu. W planie mieliśmy zaliczenie Nosala i dojście do Murowańca, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg, następnego dnia Świnicę i zejście do Doliny Kondratowej, a tuż przed wyjazdem, w niedzielę wspięcie się na jakże oblegany latem Giewont.

* * *

O 8 rano wita nas zaspane Zakopane. Jest słonecznie i ciepło, bo to już tydzień jak wieje halny. Liczymy po cichu na to, że wiać w końcu przestanie, bo w tych warunkach ciężko będzie zrealizować plan wejścia na Świnicę. Wiatr wieje jednak cały czas, i jest porywisty nawet na dole, w mieście. Wychodzimy z autobusu i chcąc zaoszczędzić jeszcze trochę na czasie postanawiamy do Kuźnic pojechać busem. Na rondzie koło Bistro pod Smrekiem wysiadamy, w bistro zamawiamy kawę i w sąsiednim Tatra Trade wypożyczamy raki. Dalej już pieszo w kierunku Kuźnic niebieskim szlakiem wzdłuż asfaltowej drogi. Mijamy po lewej Murowanicę, będącą pozostałością zabudowań starej walcowni hutniczej, założonej około 1835 roku. Kawałek dalej skręcamy w lewo w ulicę Karłowicza, za zielonymi znakami. Przekraczamy potok Bystra i rozpoczynamy mozolne podejście na Nosal. Szlak pnie się stromo w górę pośród zniszczonego lasu. Im wyżej, tym bardziej daje się we znaki porywisty wiatr, który powoduje, że na niektórych odcinkach przystajemy i przeczekujemy większe podmuchy. Pnąc się coraz wyżej parę razy wydaje się nam, że osiągamy już szczyt, ale za każdym razem okazuje się, że to jedynie jeden z „nosów” skalnych, z których słynie Nosal (stąd też jego nazwa). W końcu po około 40 minutach marszu zdobywamy skalisty szczyt, z którego pomimo niewielkiej wysokości (1206 m) rozpościera się piękny widok. Obejmuje in Dolinę Bystrej z Kuźnicami, Giewont, Czerwony Wierchy, ale i Rów Podtatrzański. W oddali rysuje się Skupniów Upłaz, którym jeszcze dziś przyjdzie nam maszerować. Dostrzec można także gniazda Kopieńców i Kopy Królowej. Przycupując na szczycie, chroniąc się jakoś przed porywistymi podmuchami wiatru cieszymy oczy tymi widokami, popijamy herbatkę i zajadamy śniadanko.

* * *

Schodzimy z Nosala zielonym szlakiem w stronę Nosalowej Przełęczy. Droga jest łagodna i w końcu dochodzimy do szerokiego, lesistego siodła, które oddziela masyw Wysokiego od Nosala. Podążamy dalej zielonym szlakiem i po chwili odbijamy w lewo, na niebieski szlak wiodący z Kuźnic do Doliny Gąsienicowej. Szlak ten cieszy się dużą popularnością. Zbudowano go jako drogę do zwózki rudy, a w 1979 roku rozbudowano w szeroką „ceprostradę”. Pniemy się w górę stokiem Nieboraka, a potem skręcamy w lewo wchodząc na Wierch Boczania (1226 m). Stamtąd na przełęcz między Kopami prowadzi na Skupniów Upłaz. Jest to dość strome zbocze zbudowane z dolomitów, nieosłonięte drzewami. Wiatr na zboczu jest tak silny, wyziębiający i odbierający siły, że czym prędzej chcemy się dostać do schroniska w Murowańcu. Szybkim krokiem dochodzimy do Przełęczy między Kopami, gdzie przysiadujemy na chwilę na ławeczkach. Z Królowej Równi odsłania się piękny widok. Góruje tu Żółta Turnia (2087 m), w dole rysuje się Dolina Gąsienicowa, której otoczenie do połowy spowite jest gęstymi, ale urokliwymi chmurami, wśród których dostrzegamy charakterystyczny Kościelec (2155 m). Obniżamy się teraz wśród kosówki i kęp świerków. Mijamy „Księżówkę) i „Betlejemkę”, przysiadamy jeszcze koło jednego z szałasów i podziwiamy otoczenie Doliny Gąsienicowej, chociaż myślami jesteśmy już przy gorącej herbacie w rysującym się przed nami „Murowańcu”.

* * *

Schronisko „Murowaniec” powstało w latach 1921 – 1925 dzięki Warszawskiemu Oddziaowi PTT. Pierwsze szkice budowli „z dużych głazów nieobrabianych na zewnątrz” nakreślił wiosną 1914 architekt Jan Koszyc-Witkiewicz, autorami ostatecznego projektu byli Zdzisław Kalinowski i Karol Siciński. W budowę wiele trudu włożyła Kompania Wysokogórska 3 PSP. Otwarcia dokonał 12 lipca 1925 prezydent RP, Stanisław Wojciechowski. W latach 1950-1951 dobudowano zachodnie skrzydło i przerobiono wnętrze, powiększając obiekt do obecnych rozmiarów. W 1963 roku schronisko spaliło się częściowo, po czym zostało odbudowane. Kierownikiem schroniska jest od 1983 roku ratownik GOPR i TOPR, Andrzej Kusion, który prowadzi w ostatnich latach modernizację obiektu. U wejścia do schroniska wisi tablica poświęcona pamięci Adama Asnyka, odsłonięta w 1930 roku. Projekt z 1927 roku przewidywał wkucie jej w jedną ze skał nad Morskim Okiem. Schronisko wita nas gorącą herbatą i miłą atmosferą. Posilamy się kwaśnicą i „instalujemy” w pokoju, który dzielimy z sympatycznym leśniczym ze Szczecina. Wieczór mija na górskich opowieściach przy zimnym piwie w sali jadalnej schroniska.

* * *

Ranek wita nas zachmurzeniem i wiatrem. O świcie wychodzimy na szlak, wciąż łudząc się, że uda się zaatakować Świnicę.
Podążamy żółtym szlakiem w kierunku Kasprowego Wierchu. Spod warstwy chmur i mgły wystają szczyty otaczające Dolinę Gąsienicową, jednak mimo upływającego czasu zamiast coraz jaśniej, robi się coraz ciemniej, a po około pół godziny marszu zaczyna padać deszcz. Gdy dochodzimy do rozwidlenia szlaku czarnego na Świnicką Przełęcz podejmujemy decyzję, że wejdziemy na Liliowe i wtedy zadecydujemy co dalej. Dochodzimy w końcu to miejsca gdzie żółty szlak na Kasprowy dochodzi do zielonego i zaczynamy się wznosić zielonym w górę w stronę przełęczy. Im wyżej wchodzimy tym gęściej pada i tym bardziej wieje halny, powodując padanie kropel deszczu z dużą siłą i pod kątem 90 stopni. Paskudztwo. Boli.

* * *

Na Przełęczy Liliowe wiatr jest jeszcze silniejszy. Postanawiamy więc, że podejdziemy jedynie na Skrajną Turnię, żeby bliżej pooglądać Świnicę, a potem już przez Goryczkową zejdziemy do Schroniska na Hali Kondratowej. Ze skrajnej wracamy na Liliowe i dalej czerwonym szlakiem podchodzimy na Beskid. W normalnych warunkach szczyt ten nie robi wrażenia, jest prosty, wręcz banalny. W tym jednak momencie wydał się nam największym wyzwaniem. Ze strachem w oczach, przystając co chwilę i opierając się porywistym podmuchom powolutku udaje się wspiąć na górę i zejść na Kasprowy Wierch. Tam chcemy wypić gorącą herbatę, która dałaby nam siłę, a przede wszystkim liczymy, że choć trochę się osuszymy, bo spodnie pod wpływem deszczu już przemokły, a z rękawiczek wodę strumieniami można wykręcać. Podchodzimy pod budynek, ale okazuje się, że z powodu silnego wiatru nie działa kolejka, a co za tym idzie w budynku PKL nikt dziś nie pracuje. Obchodzimy się smakiem i w strugach deszczu, przemoczeni (jedynie kurtki wytrzymały) obieramy czerwony szlak na Goryczkową Czubę.

* * *

Po około 15 minutach marszu deszcz ustaje. Idzie się już zdecydowanie łatwiej, tym bardziej że szlak wiedzie teraz szczytami, więc wznosimy się co chwile w górę i w dół. Co jakiś czas chmury są przewiewane dzięki czemu możemy obserwować rozległe widoki na południe. W oddali, po lewej stronie wznoszę się szczyty tatr Wysokich – Mięguszowiecki, Cubryna i Koprowy Wierch. Przed nami wyrasta Hruby Wierch i Krywań, w dole zaś Cicha Dolina Liptowska.

* * *

Kiedy dochodzimy do Kondratowej Przełęczy postanawiamy dziś już nie wychodzić na Kondracką Kopę, tylko zejść do Schroniska na Hali Kondratowej. Schodzimy więc zielonym szlakiem, który mozolnie trawersuje do Doliny Kondratowej. Płaskie dno doliny porośnięte jest łąką, na tle której drewniane, powstałe z przebudowy szałasu schronisko wygląda przepięknie. Jesteśmy zziębnięci, zmęczeni ciągłym przeciwstawianiom się wiatrowi, przemoczenie. Marzymy o gorącej, słodkiej herbacie z cytryną. W schronisku nasze marzenia się spełniają, a właściciel namawia nas na miskę pysznej borowikowej. Odpoczywamy, oglądamy na mapie naszą dzisiejszą trasę i planujemy kolejny dzień. Wieczór upływa szybko.

* * *

Wstajemy grubo przed wschodem słońca i ruszamy niebieskim szlakiem w kierunku Giewontu. Noc jest gwieździsta, jest ciepło, halny trochę ustaje. Szlak na Giewont wiedzie północnym skrajem Polany Kondratowej, początkowo powoli wznosi się do góry, aż po podłużną kotlinę zwaną Piekłem. Stąd serpentynami, przecinając strumyk trawersujemy zbocze. Wschodzące słońce daje niesamowite widoki podświetlając jakby z tyłu wznoszące się ponad Kasprowym Wierchem szczyty Tatr Wysokich. Przystajemy na Przełęczy Kondrackiej, w pełni teraz oświetlonej porannym słońcem. Dzisiejsza pogoda w niczym nie przypomina wczorajszej. Bezchmurne niebo, lekki wiaterek, przejrzystość. I do tego niespotykana rzecz. Jesteśmy tu sami. Czego więcej potrzeba do szczęścia.

* * *

Podchodzimy na Giewont stromo pomagając sobie łańcuchami, które w sezonie są oblegane przez rzesze turystów. Na szczycie stoi charakterystyczny krzyż wystawiony w 1901 roku. Ma on 17 metrów wysokości i składa się z 400 elementów o łącznej wadze 1800 kg. Jego uroczyste poświęcenie, z mszą św. w Szczerbie dla wielu gazdów było jedyną okazją wejścia na Giewont, co wspominali jeszcze po wojnie. Spędzamy tu sporo czasu podziwiając rozległą panoramę. Na północ rozpościera się całe Zakopane, dalej Podhale, a na horyzoncie Babia Góra i Pilsko. Na południu pierwsza wyrasta Kopa Kondradzka, na prawo szczyty Czerwonych Wierchów, a dalej Rohacze i Wołowiec. Na południowym – wschodzie wznoszą się w oddali szczyty Tatr Wysokich z najbardziej charakterystycznymi – Krywaniem, Świnicą i Rysami.

* * *

W dół schodzimy tym samym, niebieskim szlakiem. Po drodze mijamy idących w stronę Giewontu turystów, którzy dopóki nas nie spotkali myśleli, ze będą dziś na szczycie pierwsi. W Schronisku wypijamy herbatę z cytryną i jemy śniadanie. Zabieramy plecaki i ruszamy w dół do Kuźnic przez Kalatówki. Polana Kalatówki wzięła swą nazwę od sołtysiego rodu Kalatów. Od parunastu lat w okresie letnim prowadzony jest tu kulturowy wypas owiec. Znajduje się tu również duży hotel górski PTTK zbudowany w okresie międzywojennym w 1938 roku w rekordowo krótkim czasie stupięćdziesięciu dni. Od początku swego istnienia stanowił ważny punkt dla narciarzy i turystów i do chwili obecnej zachował swój niepowtarzalny charakter mimo wielokrotnych modernizacji. Od hotelu droga wiedzie niewygodną brukową kostką, a my mijamy coraz więcej turystów, którzy postanowili, całkiem słusznie z resztą spędzić ten słoneczny dzień na łonie natury. Szybko dochodzimy do Kuźnic, w bistro pod Smrekiem oddajemy raki, które tym razem się nie przydały, i docieramy busem do Krupówek.

* * *

Po małym posiłku w parku w centrum miasta wsiadamy w busa do Krakowa, a stamtąd pociągiem udajemy się do Gdańska, by powrócić do szarej rzeczywistości. Niesamowite, jaką energią potrafią napełnić trzy dni w górach – trzy różne dni w górach – z halnym, zacinającym deszcze, i pięknym bezchmurnym niebem.