Między Kasprowym Wierchem a Beskidem

Odwiedzenie Kasprowego Wierchu zaplanowaliśmy jeszcze przed wyjazdem. Chcieliśmy wjechać na szczyt świeżo oddaną do użytku kolejką, a na miejscu zdecydować co dalej. Ciekawi byliśmy panoramy Tatr widzianej z tego popularnego szczytu, tym bardziej, że podczas ostatniej próby po wyjeździe na górę mieliśmy taką mgłę, że widzieliśmy wielkie nic. No może tylko własne dłonie po wyciągnięciu ich przed siebie.

* * *

Około siódmej rano pojawiamy się na przystanku autobusowym nieopodal naszej „bazy noclegowe” Siuchajska na Krzeptówkach. Mróz, który z początku wydawał się niezbyt wielki, po 20 minutach kwitnięcia na przystanku staje się nie do zniesienia. W końcu po około pół godziny nadjeżdża bus, którym dostajemy się do centrum Zakopanego. Tam szybko udaje się złapać kolejnego busa, tym razem w kierunku Kuźnic, miejsca skąd startuje Kolejka na Kasprowy Wierch. Kuźnice były kiedyś osobną osadą, która, jak sama nazwa wskazuje, związana była z działającym niegdyś w Tatrach przemysłem hutniczym. Na tych terenach magazynowano odkrytą w XVIII wieku w Dolinie Jaworzynce rudę żelaza. Stąd tak zwaną Drogą Żelazną (obecna Droga pod Reglami) transportowano ją do huty w Dolinie Kościeliskiej, gdzie była przetapiana. W roku 1776 pojawiła się nazwa Huty Hamerskie, określająca zakład założony w Kuźnicach prawdopodobnie przez ówczesnego starostę nowotarskiego Franciszka Rychtera-Pelikańskiego. Huta stopniowo rozwijała się, a okres największej świetności obiektu przypadł na połowę XIX wieku, gdy Huty Hamerskie były największym tego typu zakładem w Galicji. Roczna produkcja surówki wynosiła 500 t, a żelaza sztabowego i blachy walcowanej około 700 t. Huta dawała wtedy zatrudnienie ponad 120 osobom, z których większość rekrutowała się spośród okolicznej ludności. Wszyscy pracownicy należeli do „Puszki Brackiej” – organizacji, która w razie ich choroby lub śmierci wypłacała rodzinom zasiłki. W Hamrach powstała szkoła, zakład miał również swoją orkiestrę oraz chorągiew. Huty Hamerskie były opalane węglem drzewnym, wypalanym przede wszystkim z tatrzańskiego buka. Pierwotnie piętro regla dolnego było porośnięte lasem mieszanym, natomiast obecnie – głównie za sprawą rabunkowej gospodarki leśnej kuźnickiego zakładu – składa się prawie wyłącznie ze świerka. Zasoby rudy żelaza okazały się niewystarczające dla opłacalnej produkcji już pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku i w 1869 Homolacsowie sprzedali hutę, która stopniowo ograniczała produkcję. Wkrótce potem, w 1878 roku, zakład został zamknięty. Obecnie, od ponad siedemdziesięciu lat Kuźnice kojarzone są z punktem startowym najpopularniejszej w Polsce kolejki linowej, prowadzącej na szczyt Kasprowego Wierchu.

* * *

Bus zatrzymuje się na placyku praktycznie przed budynkiem, w którym znajdują się kasy i wejście do wagonika. Postanawiamy jeszcze przed zakupem biletów wypić gorącą kawę w położonym nieopodal barze „Kuźnice”. Chwilę później stoimy już w stosunkowo krótkiej „kolejce do kolejki” i rozpoczynamy wjazd. Decyzję o budowie kolejki na Kasprowy podjęto w lipcu 1935 roku. W myśl projektu zainicjowanego przez Aleksandra Bobkowskiego trasa przebiegała początkowo przez tereny, należące do dóbr Jerzego Uznańskiego, a wyżej – przez współwłasność górali z terenów Murzasichla. Budowę postanowiła prowadzić własnymi siłami specjalnie powołana spółka „Towarzystwo Budowy i Eksploatacji Kolei Linowej Zakopane (Kuźnice) – Kasprowy Wierch”, popularnie zwana „Linkolkasprowy”. Najpierw trzeba było urządzić plac budowy, stworzyć drogę dojazdową z Kuźnic na Myślenickie Turnie i wybudować kolej transportową z Turni na szczyt Kasprowego. Tempo było ogromne, osiągane przede wszystkim dzięki dobrej organizacji pracy i zatrudnieniu wielkiej liczby ludzi. W szczytowym okresie na budowie pracowało około 1000 osób. Do Myślenickich Turni doprowadzono drogę jezdną i w niezwykle trudnych warunkach transportowano materiały budowlane samochodem. Transport na szczyt Kasprowego był o wiele trudniejszy: materiały wywożono najpierw furmankami na Halę Gąsienicową, a stamtąd piasek, cement, części stanowe, elementy konstrukcyjne, liny nośne, a nawet wodę transportowano na plecach robotników. W końcowej fazie prac sprowadzono cztery koniki huculskie, małe, ale niezwykle silne i wytrzymałe na trudy i zimno. We wrześniu spadł śnieg i temperatura spadła poniżej zera. Prace trwały na wszystkich odcinkach – w Kuźnicach, na Myślenickich Turniach, na szczycie Kasprowego, a także na trasie. Jeszcze jesienią zbudowano dziewięć drewnianych podpór, na których usytuowano linową kolej roboczą. Zaczęła ona kursować w październiku 1935. Pod koniec grudnia budynki stacyjne w Kuźnicach i na Myślenickich Turniach były ukończone. W najgorszym okresie mrozów i opadów śniegu budowano stację na Kasprowym i betonowano podpory. Ku zdziwieniu wszystkich termin końcowy został dotrzymany: 26 lutego 1936 roku kolej ruszyła w pierwszy kurs z Kuźnic do Myślenickich Turni. Pierwszy srebrny wagonik dojechał na Kasprowy Wierch w niedzielę, 15 marca 1936 r., po 227 dniach budowy. My trafiliśmy na okres pierwszego tygodnia kursowania nowych wagoników. Są one nowoczesne i mają panoramiczne szyby umożliwiające podziwianie na prawdę pięknych widoków. Obawiamy się trochę kiepskiej widoczności, bo Zakopane pokrywa gruba warstwa chmur. Miejmy nadzieję, że są one nisko i że wyżej będzie dużo lepiej.

* * *

Wagonik śmiga szybko do pierwszej stacji kolejki – Myślenickich Turni. Są one położone na wysokości 1354 m, ale niestety podczas przesiadki nie możemy podziwiać żadnych widoków, bo widoczność ograniczają chmury, w których obecnie się znajdujemy. Po chwili przesiadamy się do następnego wagonika i po paru sekundach wyjeżdżamy z chmur. Widoki jakie serwuje bezchmurne niebo, pełne słońce i krystalicznie biały śnieg pokrywający Suchą Dolinę Kasprową i otaczające ją szczyty zapiera dech w piersiach. Zbliżamy się do Kasprowego Wierchu z charakterystycznym Palcem… i nagle nowy wagonik zatrzymuje się. Okazuje się, że to mała awaria, ale musimy przez nią zjechać jeszcze raz do Myślenickich Turni, aby fachowiec (jakiś Szwajcar jak wynika z rozmowy gościa obsługującego wagonik) mógł wjechać nią sam, pogrzebać coś przy czymś i wrócić. Ta mała awaria kosztowała nas około pół godziny czekania w pośredniej stacji kolejki (zimno jak diabli w tym budynku), ale za to pozwoliła delektować się cudownymi widokami podczas kolejnego wjazdu. Tym razem obyło się bez niespodzianek i po paru minutach dojechaliśmy do górnej stacji kolejki. W budynku stacji poza urządzeniami technicznymi i kasą biletową znajduje się restauracja, ski-service i stacja TOPR.

* * *

Widok jaki widzimy po wyjściu z budynku stacji przerasta nasze oczekiwania. Szczyt Kasprowego usytuowany jest niemal w środku grani Tatr dzięki czemu jest panorama zarówno na szczyty Tatr Zachodnich, jak i Wysokich jest na prawdę rozległa. Postanawiamy podejść na Beskid, by móc być bliżej tych widoków, a jednocześnie dalej od narciarzy, których coraz więcej pojawia się na Kasprowym. Kierujemy się szlakiem czerwonym, którego znakowanie całkowicie przykrył śnieg. Ścieżka jest jednak dobrze wydeptana, więc stawiamy nogi za czyimiś śladami. Na samym szczycie, przy słupku granicznym znajdujemy osłoniętą od wiatru miejscówkę, i organizujemy przerwę śniadaniową. Jemy bułeczki z nutellą i podziwiamy otoczenie Cichej Doliny Liptowskiej oraz błyszczący w słońcu narodowy symbol Słowaków – Krywań. Szczyt ten należy do Tatr Wysokich i wznosi się na 2494 metry. Uchodził kiedyś za najwyższy szczyt tatrzański, a wiele sławy przyczyniły mu mieszczące się tu od XV wieku kopalnie złota lub antymonitu. Podziwiając ten piękny widok snujemy plany o letnim zdobyciu Krywania. Wystawiamy głowy do słońca i długo delektujemy się tą chwilą. Za sobą widoki mamy równie piękne. Na pierwszym planie góruje Świnica – dumna i wybitna, będąca także obiektem naszych letnich planów. Geneza nazwy Świnica jest tłumaczona dwojako. Pierwsza wersja zakłada podobieństwo całego masywu (od Skrajnej Turni do Niebieskiej Turni) do świni. Jest to bardziej prawdopodobna wersja, ponieważ podobne nazwy w Tatrach nadawane przez górali zawsze pochodziły od wyglądu. Inni znawcy Tatr sugerują, iż nazwa pochodzi od tego, że góra dość długo opierała się szturmującym ją turystom, czyli zachowywała się po „świńsku”. Jest to mniej prawdopodobna wersja, gdyż pierwszy raz nazwa pojawia się w XVIII wieku, a więc przed narodzinami właściwej turystyki tatrzańskiej.

* * *

Tą samą drogą kierujemy się w kierunku Kasprowego Wierchu. Tym razem idziemy wyżej, na sam szczyt, aż po znajdujące się tu obserwatorium meteorologiczne. Wykonywane są tu pomiary synoptyczne oraz klimatologiczne, a także obserwacje zlodzenia, opadów, natężenia promieniowania słonecznego, zjawisk optycznych, radioaktywności, oraz grawimetryczne i astrofizyczne. Budynek jest teraz cały oblodzony i bajecznie komponuje się z niebieskim niebem. Z samego szczytu Kasprowego Wierchu rysuje się wspaniała panorama na północ. Całe Zakopane przykryte jest poduszką chmur, a na horyzoncie widnieją jedynie dwa szczyty Beskidu Żywieckiego – Babia Góra i Pilsko. W oddali, na upartego wypatrzyć można także wierzchołek gorczańskiego Turbacza. Delektujemy się tymi widokami i schodzimy z powrotem do budynku kolejki, aby w tutejszej restauracji pokrzepić się gorącą czekoladą sprzedawaną tu w równie gorącej cenie.

* * *

Nienasyceni powtarzamy jeszcze raz naszą trasą i żałujemy, że nie mieliśmy konkretnego planu przejścia na ten dzień, bo zapewne można by było zobaczyć trochę więcej. Teraz jest jednak już zbyt późno żeby zejść do Murowańca, bo nie mielibyśmy już czym zjechać do Zakopanego, a do zejścia pieszo nie jesteśmy kompletnie przygotowani sprzętowo. Wyczekujemy więc zachodu słońca i obserwujemy grę światła i podchodzącą lekką mgiełkę tworzącą niesamowity obraz w zaciemniających się teraz dolinach. Ostatnim kursem kolejki zjeżdżamy w dół, do Kuźnic. Już na wysokości Myślenickich Turni widoczność spada do zera – jesteśmy otoczeni przez gęste chmury, które sprawiają, że w samym Zakopanym pogoda w niczym nie przypomina tej na szczycie.

* * *

Busem dojeżdżamy do centrum Zakopanego pod koniec dolnych Krupówek, tuż za mostkiem nad Cichą Wodą kierujemy się do kowbojskiej restauracji (chyba o nazwie Western), w której serwują świetne domowe posiłki za przystępną cenę. Stamtąd busem podjeżdżamy na Krzeptówki do Siuchajska. Miejmy nadzieję, że jutrzejszy dzień będzie równie słoneczny, bo zaplanowaliśmy przejście Doliną Kościeliską do schroniska na Hali Ornak.