Na Błatniej i Równicy… między Bielskiem, Wisłą i Ustroniem

Pierwszy rok studiów upływał niespodziewanie szybko. Zbliżał się maj, miesiąc na który całą naszą paczką czekaliśmy bardzo niecierpliwie – miał być długi weekend, później pierwsze nasze studenckie praktyki geologiczne, dalej juwenalia. Postanowiliśmy, że tak niezwykle zapowiadający się miesiąc zainaugurujemy w górach. Cała ekipa miała dojechać do Kęt. Tutaj wieczorkiem chcieliśmy zrobić małego grilla, pograć na gitarach i następnego dnia wczesnym rankiem ruszyć w góry. Chcemy zaatakować Błatnią od strony Bielska – Białej, a później trochę improwizować po Beskidzie Śląskim.

* * *

Ranek wita nas piękną pogodą. Ruszamy wzdłuż torów w stronę stacji Kęty Podlesie. Musimy budzić zainteresowanie bo sporo osób się za nami ogląda. Kuba przy swoim wielkim plecaku dzierży bongosy, Dziekan trzyma gitarę obładowanej jak zawsze Agi L., Aga W. z Krzyśkiem też plecaki mają dość pokaźne. Ja zaś dźwigam swojego starego wysłużonego alpinusa i drugą gitarę. W 25 minut dojeżdżamy na główny dworzec do Bielska – Białej. Teraz szybka przesiadka na pociąg w stronę Skoczowa. Wysiadamy po chwili na stacji Wapienica, skąd odchodzi już niebieski szlak na Błatnią.

* * *

Szlak początkowo prowadzi miejskimi asfaltowymi drogami pośród najbardziej wysuniętej na zachód i południe części Bielska-Białej – Wapienicy. Dzielnica ta, położona w dolinie rzeki Wapienicy, została założona w XVI w. i do 1977 r. stanowiła odrębną wieś, będącą przed 1945 r. oraz od 1973 r. siedzibą Gminy Wapienica. Od 2002 r. obszar dzielnicy wchodzi w skład osiedla o tej samej nazwie. Podążamy w górę doliny i po drodze usiłujemy łapać stopa. Nie jest to wcale łatwe bo stanowimy liczną grupę, ale w końcu lituje się nad nami kierowca białego minivana, któremu do teraz jesteśmy wdzięczni. Z busa wychodzimy w miejscu gdzie niebieski szlak opuszcza asfalt i dalej kierujemy się pieszo leśną szeroką ścieżką. Wkrótce dochodzimy do zapory wodnej im. Ignacego Mościckiego założonej w latach 1929 – 32. W wyniku spiętrzenia rzeki Wapienica i potoku Barbara powstał tu zbiornik, który nazwano jeziorem Wielka Łąka. Otoczony jest on z każdej strony wzniesieniami Beskidu Śląskiego. Po stronie północnej i zachodniej znajduje się Palenica, Wysokie i Przykra, a od południa i wschodu Stołów i Szyndzielnia. Projekt budowy zapory w Wapienicy istniał od 1911 r., a wysunięto go w trakcie prób rozwiązania problemu zaopatrzenia w wodę szybko rozwijającego się Bielska. Dopiero jednak w 1929 r. rada miejska Bielska zdecydowała się na powierzenie budowy zapory katowickiemu oddziałowi firmy Dycherhoff und Widman z Drezna. Koszt budowy zapory, oddanej do eksploatacji 26 czerwca 1932 r. wyniósł 13 mln ówczesnych złotych, co stanowiło równowartość blisko 2,6 mln dolarów. Warto dodać, iż w swoim czasie Zapora Wapienicka była jednym z najnowocześniejszych tego typu obiektów w Europie.
Obok zapory w dolinie płynącej niemrawym tempem Wapienicy postanawiamy zrobić przerwę śniadaniową. Po krótkim wypoczynku ruszamy w dalszą drogę. Pniemy się teraz w górę podchodząc coraz stromiej na szczyt Palenicy (688 m), na której ostro skręcamy w lewo by osiągnąć kolejną kulminację – Kopanego (690 m). Tuż za szczytem, po lewej stronie rozpościera się obszar rezerwatu przyrody Jaworzyna, opadającego w stronę Jeziora Łąka. Rezerwat utworzony został 25 sierpnia 2003 roku i zajmuje powierzchnię 40,03 ha. Przedmiotem ochrony na jego terenie są górskie zespoły leśne jaworzyny górskiej z miesiącznicą trwałą, kwaśnej buczyna górskiej i żyznej buczyny karpackiej. Idąc wzdłuż rezerwatu osiągamy szczyt Wysokiej (756 m), a później dość łagodnie podążamy dalej za znakami niebieskim, a później znowu idziemy pod górę osiągając Przykrą (818 m). Tuż za nią schodzimy do Siodła pod Przykrą i już po kilku minutach dochodzimy do Schroniska PTTK na Błatniej. Schronisko wybudowało w 1926 roku niemieckie Towarzystwo Przyjaciół Przyrody “Naturfreunde” z Aleksandrowic i stało się ono w krótkim czasie jednym z najczęściej odwiedzanych obiektów w Beskidzie Śląskim. W czasie wojny służyło Wermachtowi za koszary i zostało wtedy zrujnowane. Gdy w latach 1959 – 62 przejęło je cieszyńskie PTTK, obiekt został rozbudowany i zmodernizowany.

* * *

W schronisku orientujmy się w cenach noclegu i postanawiamy poczekać przed budynkiem do wieczora, tak by dostać najtańszy nocleg na tak zwanej glebie. Dziś, jak to zwykle w długie weekendy jest sporo osób, wiec w naszej ocenie nie powinno być problemu z tą opcją noclegu. W końcu nie po to niesiemy ze sobą śpiwory i karimaty, by płacić słono za pościel w „ekskluzywnym” schroniskowym pokoju. Rozkładamy się więc przed schroniskiem, wyciągamy karimaty, gitary oraz bongosy i w ciepłym majowym słońcu wypoczywamy przy dźwiękach naszej muzyki.

* * *

Około godziny 18 postanawiamy dopytać o wspomniany nocleg. Niestety okazuje się, że na Błatniej nie przenocujemy na glebie, bo zostały jeszcze wolne pokoje. Pani schroniskowa nie chce nam pójść na rękę i nie rozumie czym jest parę złotych więcej w kieszeni studenta (a co dopiero sześciu studentów) więc informujemy ją, że rozpalimy ognisko przed schroniskiem i spędzimy noc na zewnątrz. Poszczuci przez panią spuszczanymi ponoć na noc psami postanawiamy jednak jak najszybciej znaleźć inny nocleg. Dzielimy naszą ekipę po połówce – jedni z mapą idą w stronę zabudowań na Bukowym Groniu, drudzy w stronę Brennej. Ci drudzy mają lepiej, bo po 10 minutach trafiają do Rancza u Dorotki, które znajduje się w bliskim sąsiedztwie schroniska na Błatniej. W końcu i pozostała część ekipy dochodzi do rancza, a sympatyczna pani Dorotka pozwala nam przenocować za symboliczne 10 PLN. Dostajemy przytulny pokoik z piętrowymi łóżkami. Padamy jak muchy, ale w środku nocy proszeni jesteśmy przez właścicielkę o zebranie sprzętu, czyli gitar i bongosów i zagranie na rozkręcającej się dopiero imprezie w ranczowej świetlicy (słynne Dziekana „Niech mnie ktoś uszczypnie”).

* * *

Rankiem, po ciężkiej nocy, przychodzi nam ruszać w dalszą drogę. Postanawiamy zejść zielonym szlakiem do Brennej, a dalej z Leśnicy przejść przez Gronik i Trzy Kopce do Wisły, popularnej ostatnio dzięki Adamowi Małyszowi. Obieramy zielone znaki i kierujemy się wzdłuż rancza na zachód. Obok obelisku, który
postawiły tu komunistyczne władze upamiętniając śmierć grupy 9 funkcjonariuszy MO i UB skręcamy na południe i schodzimy teraz kamienistą ścieżką cały czas obniżając się w kierunku wsi. Na polanie Szarówka mijamy kapliczkę różańcową, a w końcu po mozolnym zejściu dochodzimy do pierwszych zabudowań Brennej. W centrum robimy małe zakupy i zatrzymujemy się obok budki telefonicznej, by koleżanka Agnieszka L. i kolega Dziekan mogli zadzwonić do swych matul (nie była to era komórek). Tu co chwilę parskamy śmiechem, bo z początku nie możemy uwierzyć w to w jaki sposób Dziekan rozmawia z mamą, a później słyszymy jak mama Agi L. powiadomiona o trudach na szlaku mówi „a mówiłam ci żebyś nie chodziła po górach”…

* * *

Z centrum Brennej kierujemy się teraz asfaltową drogą wzdłuż potoku Leśnica. Majowe słońce daje się we znaki, dlatego postanawiamy, że do Leśnicy dostaniemy się stopem. Wypisujemy na kartce papieru wielki napis Brenna Leśnica, który w końcu zostaje wypatrzony i na dwie tury – polonezem – zostajemy dowiezieni do miejsca, skąd biegnie zielony szlak na Trzy Kopce.
Idziemy dość szybko, bo to dopiero pierwsze dziś kilometry pod górę. Początkowo ścieżka wiedzie wzdłuż Potoku Goleszowskiego, a później odbija na lewo w stronę Gronika, omijając jednak szczyt. Skręcamy w prawo i dochodzimy w końcu do Trzech Kopcy Wiślańskich (803 m). Robimy tu dłuższą przerwę i podziwiamy ze szczytu piękny widok na Skrzyczne, Kotarz, Grabową, grzbiet Starego Gronia, osiedle Świniorka, Orłową, Równicę i Czantorię. W dalszą drogę ruszamy dalej za znakami żółtymi schodząc w stronę Wisły.

* * *

Widok ogromnych tłumów w Wiśle bardzo nas zaskakuje. Przez główny deptak w mieście nie można się przebić. Wszystko tłumaczy fakt, który nagle odkrywamy – dziś Wisła świętuje dzień Adama Małysza. Są koncerty, piwo, fani i turyści majowi. Wszystko zebrane razem daje w równaniu jedno – brak miejsc noclegowych. Chodzimy od domu do domu nie mogąc znaleźć żadnego wolnego miejsca. Zdesperowani próbujemy zapytać o nocleg na karimatach na wiślańskiej plebani, ale okazuje się, że jednak „nie dla wszystkich starczy miejsca”. Próbujemy nawet zrobić przymiarkę do spania w stodole u jednego miejscowego, który proponuje nam nocleg na sianie, ale skutecznie zniechęcają nas grasujące to tu to tam szczury. Kiedy zaczyna już zmierzchać postanawiamy zapytać o nocleg w jednym z przydrożnych sklepów spożywczych. Pani ekspedientka lituje się nad nami i proponuje sześć podłogowych miejsc w budowanym właśnie domu na wzgórzach nieopodal Wisły Uzdrowiska. Zostajemy tam poczęstowani pysznymi oponkami i znużeni ciężkim dniem szybko zasypiamy.

* * *

Rankiem zbieramy się dość szybko i idziemy do głównej drogi Wisła – Ustroń. Chcemy złapać pks do ustronia, by tam rozpocząć marsz na Równicę. Aga W. stwierdza jednak, że na przystanek trzeba przejść na drugą stronę ulicy (a to daleko) więc wyciąga rękę śmiejąc się, że złapie stopa. Ku naszemu zdziwieniu zatrzymuje się pomarańczowy żuk i proponuje podwiezienie do Ustronia. Tam, na sporym, wyłożonym żwirem parkingu postanawiamy zjeść śniadanie – będzie pasztet, który nosimy już od wczoraj, a dla Dziekana i Agi W., którzy pasztetu nie lubią będzie mielonka. Fakt, co kto jadł na śniadanie okazuje się być istotny dla dzisiejszego dnia, ale o tym później. Posileni ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku Równicy. Szlak początkowo biegnie asfaltową drogą, którą wyjechać można pod samo schronisko, później jednak wchodzi do lasu i tylko parę razy przecina później tą drogę. Po drodze zatrzymuje się Citroen Berlingo i proponuje podwiezienie. Ja i Dziekan postanawiamy iść szlakiem, natomiast reszta zostaje wwieziona pod schronisko. Szlak pnie się niezbyt gęstym lasem, wśród którego sporo jest ściętych drzew wyciągniętych jak długie w poprzez ścieżki. Sporo także pni po zwalonych drzewach. Robimy z Dziekanem jedną przerwę i postanawiamy pokrzepić się czekoladą. Klniemy trochę pod nosem, że akurat obydwoje niesiemy w rękach gitary, a ekipa stopowiczów nie raczyła nawet zapytać czy nas z nich nie odciążyć. Dochodzimy jednak dość szybko do Schroniska PTTK pod Równicą i rozkładamy się na polanie powyżej podziwiając panoramę Beskidu Śląskiego, Ustronia oraz naszych granicznych sąsiadów. Postanawiamy, że chłopaki zrobią małą rundkę do Ustronia, aby wieczorem spokojnie można było posiedzieć przy dźwiękach gitary delektując się chłodnym piwkiem.

* * *

W czasie nieobecności męskiej części wycieczki rozpoczynają się moje i Agi L. rewolucje żołądkowe. Nie będę ich tu opisywać, bo nie są mimo wszystko tego warte. Dodam tylko, że obie w gorącym majowym powietrzu zmuszone jesteśmy leżeć pod dwoma śpiworami, mamy dreszcze, odwadniamy się, nie mamy ze sobą apteczki, robi się coraz później, chłopaki nie przychodzą… Ratuje nas Aga W., która rezerwuje nocleg w schronisku zbijając trochę cenę dla biednych studentów i przynosi nam od schroniskowego pana po kielichu żołądkowej gorzkiej, która ma podobno zbawienne działanie dla żołądka. Zmierzcha już, a naszych kolegów dalej nie ma. Postanawiamy wytężyć siły i przenieść wszystkie manatki do schroniska. W połowie tego skomplikowanego w tym stanie zabiegu dołączają Kuba, Krzysiek i Dziekan…

* * *

Po krótkiej drzemce, około godziny 21 czuję, że zatrucie mam już za sobą. Aga L. nadal jednak nie może dojść do siebie. Wychodzimy w piątkę przed schronisko i w dość chłodny majowy wieczór rozważamy różne koncepcję genezy zatrucia.Odpowiedź przychodzi w nocy. Najpierw około godziny 1.00 Krzysiek zaczyna wydawać niestworzone jęki dobiegające nas z położonej w piwnicy schroniska ubikacji, a później nad ranem, Kuba, ostatnia ofiara zjedzonego rano pasztetu przeżywa męczarnie oczekując na wstanie schroniskowego pana i swoją porcję żołądkowej gorzkiej.

* * *

Przed południem chyba tylko Aga W. z Dziekanem mają siłę zejść do Ustronia. Szybko udaje się nam namówić właściciela Land Cruisera, który nie tylko zwozi nas do miasta, ale i zakupuje bez recepty Nifuroksazyd w zaprzyjaźnionej widać aptece. Pokrzepieni lekiem dojeżdżamy z Ustronia koleją do Skoczowa, gdzie odbiera i zawozi nas do Kęt mój tata (chyba jechaliśmy trochę nieprzepisowo, tzn. trochę za dużo nas było).

* * *

Ten wyjazd nazwany został Rajdem Tysiąca Heftów, i wspominany jest przez nas do dzisiaj. Po tej wycieczce przez długi czas nigdzie nie braliśmy ze sobą pasztetów, a ponownie i trochę z przymusu zaprzyjaźniliśmy się z nimi znowu na Ukrainie, podczas praktyk złożowych na trzecim roku studiów…