Półmaraton Poznański

Początkowo mieliśmy wziąć udział w Półmaratonie Warszawskim, odbywającym się w ten sam dzień w stolicy. W tamtym roku był to nasz pierwszy półmaraton, więc z pewnością do tej imprezy będziemy mieć sentyment. Wzięcie udziału w Półmaratonie Warszawskim kosztowało jednak sporo, dwa razy więcej niż w Poznaniu, tak więc w ramach bojkotu postawiliśmy tym razem na Poznań. Ponadto doszliśmy do wniosku, że warto odwiedzić Poznań – nowe dla nas miasto, w którym żadne z nas do tej pory nie było (no, nie licząc Baśki, która kiedyś jadąc do nas do Gdańska pomyliła pociągi i wsiadła do wagonu jadącego do Szczecina, co zmusiło ją do przesiadki na Gdańsk właśnie w Poznaniu).

* * *

Z Gdańska wyruszamy samochodem około 6 rano. Początkowy etap trasy szybko mija, jedziemy nową autostradą i po około półtorej godziny jesteśmy już w Bydgoszczy. Po drodze upewniamy się, że Basia, z którą jesteśmy umówieni w Poznaniu wsiadła w odpowiedni pociąg. Po drodze szybkie zakupy śniadaniowe w przydrożnym sklepie i około 10 jesteśmy na miejscu. Zatrzymujemy się na ulicy Solnej w centrum i spacerkiem podążamy w stronę dworca PKP na powitanie Basi. Już w trójkę idąc do samochodu wstępujemy do kawiarni na kawkę.

* * *

Teraz tylko szybkie odebranie pakietu startowego w Biurze Zawodów na Poznańskiej Malcie i „główna atrakcja” tego dnia – zakupy w Decathlonie. Obkupieni w promocyjne produkty umawiamy się z kuzynem Arturem i kręcimy się po starówce poznańskiej. Pięknie tu, tak krakowsko. Zasiadamy w klimatycznej knajpie a później lądujemy w drugim z kolei z najlepszych kebebów miasta.

* * *

Późnym wieczorem docieramy do miejsca noclegu i już z innymi biegaczami znajdujemy przytulne miejsce na sali gimnastycznej pobliskiego obiektu sportowego.

* * *

Poranek jest rześki i dość zimny, ale słoneczny. Przestawiamy zegarki dostosowując się do zmiany czasu i ruszamy w stronę Malty, skąd ruszy cała impreza. Wikipedia pisze o Malcie, że jest to część Poznania leżąca na brzegu Jeziora Maltańskiego. Nazwa pochodzi od joannitów, którzy osiedlili się na pobliskiej Komandorii w 1187 roku przy kościele św. Jana Jerozolimskiego za murami, zaś tereny dzisiejszej Malty zostały im nadane przez Przemysła I i biskupa Radwana. Południową część Malty zajmuje sztuczne Jezioro Maltańskie powstałe poprzez spiętrzenie wód Cybiny, zaś wschodnia część zajęta jest przez tereny Nowego Zoo na Białej Górze. Jedynie północną część stanowi osiedle domków jednorodzinnych – Osiedle Maltańskie. Tereny wokół Jeziora Maltańskiego stanowią jeden z ważnych ośrodków rekreacyjnych miasta, zaś samo jezioro jest uznawane za jeden z najlepszych torów regatowych na świecie. Faktycznie zrobił on na nas duże wrażenie i miło było w takiej scenerii udać się na start. Ja tym razem postanowiłam spróbować sił na rolkach, a Grzesiek z Basią tradycyjnie wystartowali wśród biegaczy. Rolkarze, wraz z wózkarzami startowali 10 minut przed biegaczami. Ustawiłam się na linii startu i po strzale startowym ruszyłam wraz z innymi. Przejazd odbywał się ulicami Poznania, właściwie cały czas dość dobrą asfaltową nawierzchnią. Co jakiś czas na przystankach, przy ulicach ustawiono zespoły muzyczne, które żwawo i rockowo przygrywały zagrzewając do boju. Moje obawy co do pierwszego założenia rolek w tym sezonie i pokonania na nich dystansu ponad 21 kilometrów były bezpodstawne. Na całej trasie ani jednego skurczu, ani jednego bólu stóp… jedynie plecy dały trochę w kość, no ale miały prawo bo przez godzinę i 12 minut musiały utrzymywać moje ciało właściwie w jednej pozycji.

* * *

Na metę dotarłam właśnie po czasie 1h 12 minut i z radością odebrałam piękny medal. Teraz szybko rozebrałam rolki i zmieniłam image na bardziej kibicowski. Z aparatem fotograficznym gotowym na zdjęcia oczekiwałam na przybycie Grzesia i Basi na metę.

* * *

W drugiej godzinie biegu pojawił się Grzegorz, przełamując w czasie netto magiczne 2 godziny (jego wynik to 01:59:43). Właściwie nie był nawet zbytnio zmęczony, a wytworzone endorfiny wirowały wokół niego dodając energii na samej mecie. Teraz na mecie oczekiwaliśmy wspólnie na Basię która po upływie 20 minut pojawiła się na horyzoncie. Zadowolona i dumna wbiegła na metę, a my z radością i podziwem przywitaliśmy ją i pognaliśmy w trójkę przebrać się do samochodu.

* * *

Zdążyliśmy się jeszcze spotkać z Arturem, a później z kuzynką Agatą wybraliśmy się na przeciwległą stronę Jeziora Maltańskiego w celu uzupełnienia kalorii – do chińskiej knajpy w Galerii Malta. Odwieźliśmy Basię na dworzec PKP, po czym powlekliśmy się do Gdańska.