Zimowy biwak n.p.m.

Biwak zimowy npm to coroczna impreza organizowana przez miesięcznik górski npm w polskich górach. To taki jakby zlot czytelników połączony z cyklem szkoleń, slajdowiskiem, filmowiskiem, spotkaniem z kimś sławnym no i z samą redakcją. Na sam biwak ciężko dostać się to szczęście czy też po prostu przypadek i zrządzenie losu, bowiem posyła się zgłoszenie, a uczestnicy są po prostu losowani.

* * *

Gdy tylko ukazała się w którymś z numerów pisma informacja o możliwości zgłoszenia szybko chwyciliśmy za…. klawiaturę i posłaliśmy zgłoszeniowego maila do redakcji. Trzymaliśmy mocno kciuki i…. przysłowiowa kicha.. dostaliśmy odpowiedź, że niestety nie zostaliśmy wylosowani, ale otrzymujemy zacne miejsce na liście rezerwowej. Cóż.. jak mówią biednemu wiatr w oczy.. rozczarowani po jakimś czasie zapomnieliśmy całkowicie i biwaku…do czasu kiedy jakiś miesiąc przed zadzwonił telefon. To Asia, sekretarz redakcji, z pytaniem czy jesteśmy wciąż zainteresowani wyjazdem, bo akurat zwolniło się miejsce.. i akurat możemy jechać oboje. Szybkie porozumienie z Grzegorzem, szybki telefon zwrotny do Asi – „Jasne. Jedziemy. Super. Do zobaczenia”.

* * *

Ucieszyliśmy się bardzo i pełni podniecenia i ekscytacji czekaliśmy z niecierpliwością na wyjazd. Tegoroczna baza biwaku podobnie jak w kilku ubiegłych latach mieściła się w okolicach schroniska na Hali Krupowej w Beskidzie Żywieckim. Początkowo chcieliśmy podchodzić do schroniska z Zawoi, ale okazało się, że najlepiej wybrać czarny szlak z Sidziny Wielkiej Polany, bo tam, na początku szlaku będzie czekał gość, który da nam rakiet śnieżne. Oj kusiło nas żeby sprzęt owy wypróbować, toteż postanowiliśmy wyruszyć do tej pięknej małej górskiej miejscowości.

* * *

Z Gdańska wybraliśmy się już w czwartek, tuż po pracy samochodem do Kęt. Po drodze zahaczyliśmy o Sosnowiec, odwiedzając Basię, siostrę Grzesia. Później szybkie odwiedziny rodziców Kętach, tam nocleg, z rana jeszcze odebranie jednego z uczestników na dworcu… i razem, już w trójkę w stronę Sidziny Wielkiej Polany.

* * *

Na miejscu, w niezbyt zimowej aurze (uwierzcie mi, więcej śniegu było w Trójmieście) pozostawiliśmy samochód na podwórku jednego z gospodarstw, i zaczęliśmy poznawać się z pozostałymi uczestnikami we wspólnym oczekiwaniu na transport rakiet. Potem już z rakietami czarnym szlakiem w górę, pod schronisko na Halę Krupową, do miejsca biwaku.

* * *

Na szczęście na górze jeszcze troszeczkę śniegu się ostało, co pozwoliło nam wybudować sobie platformę pod nasz namiot. W efekcie obok schroniska powstało małe śnieżne miasteczko, z wąskimi uliczkami i korytarzykami, a znad murów wystawały jedynie kolorowe czubki namiotów. Tego wieczoru, gdy wszyscy okopali już swoje namioty zebraliśmy się w schronisku i spędziliśmy niezapomniane chwile z Kingą Baranowską, naszą wspaniałą polską himalaistką, która zaprezentowała nam film z wejścia na Kanczendzongę. Co ważne, było to pierwsze kobiece wejście na ten owiany złą sławą trzeci co do wysokości szczyt na Ziemi. Byliśmy pod wrażeniem nie tylko umiejętności i wytrwałości Kingi, ale i jej skromności i „normalności”.

* * *

Pierwsza zimowa noc w namiocie okazała się być bardziej zimna niż przewidywaliśmy. Dało się jednak wyspać i wypoczęci wstaliśmy o świcie. Miłą niespodziankę sprawiła nam aura, dzięki której biwak zimowy mógł być zimowym nie tylko z nazwy. Aby wyjść z namiotu trzeba było strzepać z tropiku grubą warstwę śniegu…

* * *

Dzień rozpoczęliśmy szkoleniem z biwaku awaryjnego. Wykopaliśmy sobie piękną, ciepłą jamę, w której moglibyśmy przetrwać awaryjnie np. noc, gdybyśmy kiedyś znaleźli się w takiej potrzebie (oby nie). W takiej jamie, jak się okazało jest zimą cieplej niż w namiocie, bo w środku utrzymuje się stała temperatura około 0-3 stopnie. Mieliśmy w nocy wypróbować, no ale jakość nie wyszło, z resztą okazało się że i tak wszystkie jamy były już zajęte..trzeba by było wybudować nową..

* * *

Drugim szkoleniem było posługiwanie się rakami i czekanem. Sztuka okazuje się nie taka trudna jakby się zdawało, jednak ćwiczenia ćwiczeniami, a nie wiadomo jakby się człowiek zachował w obliczu zagrożenia. Wiadomo.. działa się wtedy instynktownie i przetwaniowo, jednak nie zawsze zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Mam nadzieję że następnej zimy spróbujemy sprzętu w terenie… i zapoczątkujemy wyprawy zimowe.

* * *

Po rakach i czekanach przyszedł czas na szkolenie z GPSu i topografii. Mapy kocham i mimo że materiał nie był mi obcy z przyjemnością słuchałam rad Sebastiana, a i ćwiczenia z GPSa wspominam miło – way point doprowadził nas do wielkiego wafelka oblanego pyszną czekoladą , którego z premedytacją pożarłam zanim wróciłam do punktu wyjścia…Ostatnim w ten dzień szkoleniem było szkolenie lawinowe, w którym zapoznaliśmy się z podstawami dotyczącymi szukania człowieka przysypanego lawiną. Oby nigdy w praktyce. Szkolenie bardzo ważne, ale dające tak na prawdę tylko zalążek ku temu żeby w tej dziedzinie jakąś wiedzę posiadać…

* * *

Wieczorem, już po zmroku zorganizowano spacer w rakietach śnieżnych. Trochę sobie potruptaliśmy i doszliśmy do fajnego ognicha z kiełbasami i widokiem na rozświetlony Kraków. Po ognichu przyszedł czas na wieczór filmowy w schroniskowej jadalni – było „Na wezwanie naczelnika” i „?” – film którego tytułu nie pamiętam, ale który po prostu powalił nas z nóg… hmmm…. muszę poszukać gdzieś co to było…

* * *

Druga noc, mimo że temperaturowo mroźniejsza jakoś odczuwalnie była cieplejsza… Jedynym mankamentem nocnego mrozu było uczucie wkładania nogi w ciepłej jeszcze spod śpiworka skarpecie do buta, który wieczorem był mokry, a rano stanowił zamrzniętą na kość skorupę, niezdolną do jakichkolwiek elastycznych ruchów.

* * *

Drugi dzień szybko zleciał na szkoleniu z ratownictwa medycznego i spotkaniu z redakcją. Miłym akcentem był konkurs redakcji, w którym udało się wylosować świetny zegarek między innymi z funkcją kompasu i pomiaru temperatury. Szkoda tylko że męski… jawna dyskryminacja sponsora…

* * *

W miłej atmosferze i w pełni zadowolenie zeszliśmy do samochodu i szczęśliwie dojechaliśmy do Kęt. Następnego dnia po trzynastogodzinnej męczarni z akcją tankowania, próby dolania oleju, zgubieniem dokumentów na stacji BP w Łodzi, zatrzymaniem przez policję we Włocławku, wracaniem do Łodzi, zatrzymaniem przez strażaków w Czerminie…. i to tyle… wróciliśmy do Gdańska… Ważne jednak że wróciliśmy… a co najśmieszniejsze… dokumenty od auta będące główną przyczyną tego zamieszania znalazły się przypadkowo po jakichś 3 tygodniach.. oczywiście były w torebce na dokumenty.. w kieszeni której nigdy nie było…

Rozbijamy biwak

Zimowy poranek

Jama śnieżna na biwaku awaryjnym

Szkolenie - raki/czekan

Krótki spacer w rakietach

Szkolnie lawinowe

Dzień trzeci - zadymka

Sidzina Wielka Polana