VI Międzynarodowy Zlot Morsów w Mielnie

Grzegorz rozpoczął morsowanie w listopadzie ubiegłego roku, a mnie namawiał już dość długo na kąpiel, ale jakoś wciąż tak schodziło. To nie było okazji, to jak już była to ja byłam przeziębiona.. i tak się ta moja pierwsza kąpiel odwlekała. Ostatecznie na zlocie też w końcu do wody nie weszłam, ale… od początku.

* * *

Wstajemy o 4:30 w sobotę. Niesamowite, jak człowiek inaczej reaguje na dźwięk budzika, kiedy wie że czeka go jakaś wycieczka. Wstajemy więc w ciemnościach, pijemy herbatę, którą także zabieramy do termosu. Kanapki czekają już w lodówce, plecaki także spakowane. Po chwili wychodzimy na dworzec i samotnie przemierzamy piękną gdańską Starówkę. Później szybko kupujmy bilety i po chwili siedzimy już w pociągu do Koszalina. Droga mija bardzo szybko, bo przesypiamy większą jej część. Z Koszalinie lokalizujemy stanowisko busów, i jednym z nich dostajemy się do Mielna, Jedziemy na sam koniec, aż do Unieścia, do Wojskowego Ośrodka Wypoczynkowego, w którym mieści się centrum organizacyjne zlotu. Na miejscu dostajemy morsowe gadżety i zakwaterowujemy się w budynku o nazwie Pelikan, nad samym brzegiem Jeziora Jamno. Jamno to jezioro przybrzeżne, trzecie po Dąbiu i Miedwiu pod względem wielkości w województwie zachodniopomorskim. Jest ono odcięte od Morza Bałtyckiego mierzeją – powstało z byłej zatoki morskiej, jest połączone z Bałtykiem kanałem znajdującym się około 2 km za Unieściem. Ujście kanału podczas sztormów jest często zasypywane.

* * *

Postanawiamy nie marnować czasu i zaczynamy zwiedzanie okolicy. Wprost z ośrodka kierujemy się na plażę. Idziemy pośród sosnowego lasu, a potem po schodach w górę wznosimy się na grzbiet wydmy. Na górze rozpościera się piękny widok na wzburzone dziś morze. Lekki mróz i spory wiatr smugają po policzkach. Schodzimy na plażę i rozpoczynamy spacer w kierunku centrum Mielna.

* * *

W oddali widać już pomost wychodzący do morza naprzeciwko głównego wejścia w Unieściu….. kawałek za nim, po lewej stronie widać już zabudowania rybackiej wioski. Na tej wysokości na plaży stoi sporo łajb znaczonych przedrostkiem „UNI-” i ponumerowane odpowiednio. Domy tej zabudowy to niekoniecznie nowoczesne, acz nie najgorzej wyglądające niskiej zabudowy chatki. W większości z nich mieszczą się smażalnie ryb, a przed wejściami postawiono wędzarnie, w których wiszą ryby. Zapach z wędzarni działa jak magnes i przyciąga tłumy turystów do środka. My postanawiamy na rybę wstąpić jutro, a tymczasem zmierzamy dalej w kierunku centrum Mielna, schodząc z plaży na główną drogę, pokrywającą się z czerwonym szlakiem PTTK.

* * *

Po chwili dochodzimy do centrum i wchodzimy głównym wejściem na plażę. W tym miejscu plaża jest wzmocniona betonami, podobnie jak w Helu, co chroni ją przed nadmiernym falowaniem. Postanawiamy ogrzać się w pobliskiej restauracyjce, wchodzimy więc do środka i zamawiamy zupę. Smakuje ona znakomicie lecz szybko się kończy i postanawiamy ruszyć dalej w drogę powrotną do Unieścia. Do naszego ośrodka dochodzimy dość szybko, po drodze robiąc jeszcze szybkie i prowizoryczne zakupy „obiadowe”.

* * *

Wieczorem oczekujemy na odprawę przed jutrzejszą kąpielą w Bałtyku. Na placu na terenie WDW Uniście gromadzi się spora ilość osób. Część z nich przebrana w klubowe wdzianka, część – jak Morsy z Kłodawy – bardziej ambitnie – przebrana za Chińczyków. Odprawa przebiega szybko i już po chwili, na 8 autobusów Morsy, w tym my, zmierzają do Mielna, w kierunku hali sportowej, w której organizatorzy urządzili coś ala pikniko festyn z jadłem, tańcami i zabawami. Postanawiamy zjeść ciepłą kolację i po około godzinie czasu opuszczamy imprezę. Kierujemy się znowu do głównego wejścia na plażę w Mielnie i stąd plażą urządzamy sobie długi i zdrowy spacer w kierunku Unieścia.

* * *

Rankiem, wraz z innymi Morsami udajemy się na śniadanie (pyszne). Chwilę później jesteśmy już na plaży w Unieściu, skąd udajemy się na Nordic Walking w kierunku Łazów. Czasu nie mamy zbyt wiele więc maszerujemy około godziny, a następnie z powrotem udajemy się do ośrodka. Czekają tu na nas już autobusy, które zawiozą nas pod halę sportową w centrum Mielna, skąs formować będzie się Parada Morsów.

* * *

Parada Morsów to orszak iście pielgrzymkowy, z tym że ludzie biorący w niej udział są delikatnie mówiąc lekko zakręceni. Panowie przebrani za zakonnice, Neptuny, Murzynków, Koperników… panowie w kąpielówkach ciągnący za sobą baloniki, panie w uszach Myszki Miki, panowie z kłami, panie w perukach… jednym słowem mówiąc szał. Obecność pośród takiej gromady pozytywnie zakręconych daje wiele optymizmu i energii. Orszak chwil później stoi już na plaży w Mielnie. Rozpoczyna się rozgrzewka, a potem już gromkie odliczanie – 4, 3, 2, 1….. i start….. tłum ruszył na morsową kąpiel do Bałtyku. W tłumie Grzegorz, ja pstrykam zdjęcie. Przypuszczam, że latem nikt nie wiedział w Bałtyku takiego tłumu. Kąpiel jest radosna, towarzyszą jej podskoki, gwizdy, śmiechy, nawoływania… W końcu w tłumie wypatruję Grzegorza i serwuje mu sesję zdjęciową. Po około 20 minutach w morzu już pustka. Teraz Morsy posilają się piwem i grzankami, a chwilę później wszyscy jedziemy już z powrotem do ośrodka w Unieściu.

* * *

Po obiedzie (także pyszny) udajemy się na w kierunku osady rybackiej. Postanawiamy zakupić trochę wędzonej rybki, a potem łapiemy busa, którym jedziemy do Koszalina. W oczekiwaniu na pociąg do Gdańska zwiedzamy miasto – główną ulicę z Ratuszem Miejskim i Park Miejski im. Książąt Pomorskich.. Serwujemy sobie także gigantyczny deser lodowy (o zgrozo te kalorie) w jednej z pobliskich cukierni. W pełni usatysfakcjonowani, wypełnionym po brzegi pociągiem, późnym wieczorem dojeżdżamy w końcu do Gdańska. Myślę, że nie był to ostatni Zlot Morsów, w którym braliśmy udział.

* * *